Menu
Historia jednego spontanicznego wyjścia i refleksja dotycząca życiowych celów.

Historia jednego spontanicznego wyjścia i refleksja dotycząca życiowych celów.

Sorry, this entry is only available in Polish. For the sake of viewer convenience, the content is shown below in the alternative language. You may click the link to switch the active language.

Parę dni temu spontanicznie zaplanowaliśmy wyjazd w Tatry. Schroniska obecnie są zamknięte. Działają jedynie bufety zewnętrzne. Postanowiliśmy na luzie wyskoczyć do Doliny Pięciu Stawów, wypić herbatkę, pogrzać się w słońcu kontemplując piękno Tatr. To miał być ostatni taki ładny dzień. O 3:50 zadzwonił budzik. O 5:00 wystartowaliśmy. O 8:00 byliśmy na szlaku. Po niecałych trzech godzinach dotarłyśmy do Schroniska. Było na tyle wcześnie że słońce jeszcze do niego nie dotarło. Tatry jak zawsze wyglądały bajecznie. Ludzi praktycznie nie było. Postanowiliśmy podejść wzdłuż Wielkiego Stawu aby znaleźć się w zasięgu słonecznych promieni i usiąść w zacisznym miejscu. Kiedy tak sobie szliśmy, z prawej strony, skąpany w słońcu wznosił się Kozi Wierch – najwyższy szczyt w całości należący do Polski ( Rysy jak wiadomo dzielimy ze Słowacją)

– może wyjdziemy na Kozi? – zapytałam

– Eeee, odpowiedział Marek, chodźmy lepiej do dolinki pod Zamarłą Turnią

– Ok

Po chwili jednak zobaczyłam jak Marek stoi przy rozwidleniu szlaków i już wiedziałam że zmienił zdanie.

– To podejdźmy trochę w górę, nie musimy wychodzić przecież na szczyt – powiedział Marek

– Ok,

Pomyślałam że to dobry pomysł bo do szczytu był kawałek a my musieliśmy jeszcze przecież wrócić do domu w tym samym dniu.

Zakos za zakosem i tak znaleźliśmy się w połowie góry.

– No dobra to jeszcze kawałek 😄

– Już jesteśmy prawie pod szczytem – powiedział Marek

Byłam zmęczona i pomyślałam że od dłuższego czasu jesteśmy pod szczytem a droga nie może się skończyć …

Szlak zmienił charakter i do wejścia trzeba było używać już nie dwóch a czterech kończyn.

Oczywiście cały czas byliśmy pod szczytem😁

O 13:06 w końcu się udało. TOP był nasz. Widoki ba-je-czne.

Kozi Wierch to szczyt przez który przebiega Orla Perć. Stając na grani z jednej strony widzimy Dolinę Pięciu Stawów a z drugiej Zmarzły Staw. Ta grań niejako dzięki Tatry na pół.

Jak zawsze na szczycie bułeczka, herbata, baton, cieszenie oczu widokami i przestrzenią.

 

A potem proza zejścia. Mięśnie strajkowały. Czułam duże zmęczenie.

Dzień jednak okazał się piękny do końca. Ostatni odcinek przeszłyśmy podziwiając wręcz nierealnie rozgwieżdżone niebo z wyraźna Mleczną Drogą.

Całość trasy zajęła nam 10 godzin.

 

A teraz moje refleksje, które miałam po tym dniu w stosunku do wyznaczania sobie celów w życiu.

 

Gdyby o 3:50, tego dnia kiedy zadzwonił budzik ktoś mi powiedział

„ Masz dzisiaj do przejścia w Tatrach 21 km szlakiem o rożnej trudności i do pokonania 1500 metrów przewyższenia w górę (potem musisz zrobić to samo w dół)

powiedziałabym-

– chyba żartujesz. Śpię dalej.

 

Do celu prowadzą punkty pośrednie i to one są najważniejsze☺️. Myśl o celu niknącym wysoko w chmurach zniechęca a ciało krzyczy nieeeee.

Warto czasami zagrać samemu ze sobą, ze swoim umysłem i może trochę inaczej „sprzedać” mu perspektywę danej sytuacji a szanse na realizacje znacznie wzrastają😊

A dzisiaj, no cóż wyraźniej niż zwykle czuje pewne partie mięśnie. Ale warto było 😊💪💪💪